lozanna 2011-03-19 00:44:47
w etoile blanche malutkie stoliczki z drewnianymi malymi krzeslami na sporym spadzie, bo lozanna to taki maly edynburg i mosty przecinaja sie z ulicami i kubistycznie partery sa naraz 5 pietrami. ale wracajac do tego spadu, to tak przyjemnie pic kawe przy ulicy tuz przy szybie, ale nie w taki polski ogrodowy sposob, ale taki francusko-brukselski, taki ze ogrodek nie jest ogrodkiem, a jedynie malym stoliczkiem nie bedacym osobna chodnikowa przestrzenia. no i ten spad.
przed great escape z kolei piekny placyk, ktory zarazem jest jak ogromna weranda - zupelnie jak waly chrobrego. i ten placyk, z pieknymi schodami, pomnikiem i paroma drzewami staje sie integralna czescia knajpy rozszerzajac znakomicie przestrzen zabawy. ale wpierw ochroniarz pilnie przypilnuje czy wszelakie napoje sa juz przelane w plastikowe kubki. cena za piwo zaakceptowana w ramach przerysowanego etnorelatywizmu - jestem gdzie jestem, jest jak jest, a jest fajnie.
tak czy siak dochodze do wniosku, ze irytuja mnie etnocentrycy. i choc cienka i krucha jest linia pomiedzy madrym stereotypowaniem, a ingorancja to doceniam, gdy ktos umie ja wyczuc. ale tutaj chyba przede wszystkim wiedza jest potrzebna i odrobina wrazliwosci.
grzanki zapiekane serem i szynka w typowej szwajcarskiej restauracyji, po pobycie w ktorej prysznic zdecydowana koniecznoscia - tak intensywnie serowo. tloczno, ze az milo, a kelnerki pracuja te same bodaj od zalozenia w 1951 roku. tutaj chyba poczulem szwajcarie najbardziej (i nie chodzi o wiek kelnerek;).
rejony jeziora genewskiego zapieraja dech w piersi niezmiernie, szczegolnie dzisiaj w tak slonecznym dniu. i kindle sprawia radosc wieksza anizeli myslalem, bo spodziewalem sie tesknoty za drukiem, a takiej nie ma. wiec przyjemnie zaglebiac sie w antropologie dalekiego wschodu w tak milej scenerii. a juz niedlugo kazda lektura bedzie wybrana podle osobistych rozwojow, juz tuz. parki parki jeziorne, tylko jachtu brakuje. jachcie? jak cie?
glowna siedziba philipa morrisa robi ogromne wrazenie. a myslalem kiedys, ze mck to szczyt. no niech mnie, za takie srodowisko to moglbym nawet te malborasy produkowac. i znow wrocilem do dykusji z samym soba o tym co robic i jak robic. i bardzo dobrze, bo dojrzalem do chyba waznej mysli. podroz moja musze poczuc i zatroszczyc sie o to, mianowicie, zeby przyjac ja jako inwestycje w samego siebie. wowczas opporunity cost, ktory co krok obserwuje, i o ktorym tyle mysle, straci na swej tak teraz ogromnej wartosci i bede mogl pojechac z czystym sumieniem. a takie podejscie spowoduje tez mam nadzieje, ze wiecej zrobie gdy juz w ruchu bede. oby.
czas na francje uderzyc, ale lozanny czesc druga juz za tydzien. tum!
skomentuj (0)
w lozannie powiew wolnosci, taki dziwny i wiosenny. przypominajacy odrobine wyjazdy i teatrzenie sie w berlinie. na lausanne flon na placu akcja chyba w obronie lasu, rozdaja tree hugs, sporo subkultur do okola i na widok haringtonki odzywaja sie jakies sentymentalne potrzeby, trudno powiedziec o co dokladnie chodzi. tak czy siak serce pcha wiosennie do wszelakiej mlodzienczej aktywnosci teatralno spoleczno politycznej. nagle chce zamieszkac w lozannie i zyc inaczej. az sie nawet chce podrywac mlode wyidealizowane dziewczyny i dyskutowac na placu przy piwie ;-)
skomentuj (0)
zaczatki 2010-12-02 01:51:20
ostatnio dosc wyrazniej uzmyslowilem sobie na jak wysokim piedestale stawiam analitycznosc. wrecz wynosze ja wyraziscie ponad inne cnoty, niejako zapominajac nawet o jej znaczeniu, i tym czym jest.. jawi mi sie w zlotych szatach i sam fakt swego istnienia staje sie przyczyna dla ubostwiania. bostwo mocno wyryte i wzmacniane kazda mala i duza okolicznoscia. o co tu naprawde chodzi? czym jest to slowo-klucz i czy warte jest swojej tak przeze mnie nadanej chwaly?
przede wszystkim chyba analitycznosc rozumiem jako umiejetnosc dostrzegania zaleznosci, podstaw, przyczyn, celow, zwiazkow, elementow pierwszych, drugich, tych ostatnich. zdolnosc dociekania, uzmyslawiania, chlodnego a zatem lepszego osadu. analitycznosc. powyzsze zdaje sie zas pozwalac na glebsze bo trzezwiejsze dostrzeganie rzeczywistosci. na jej rozumienie. a dobre rozumienie okolic naszych doraznych moze i nie jest jeszcze celem samym w sobie, ale juz bardzo blisko niego lezy. przynajmniej dla mnie. dla mnie, dlatego, ze jestem analityczny. i czyzby pierwsza smiercionosna petla?
i wydawaloby sie czasem, ze tylko analitycznosc pozwala dojsc do prawdziwosci. bo jak nie wyrazajac wyraziscie przyczyn i zwiazkow mozna dowiesc badz choc ukazac to co sie dzieje? no wlasnie chyba mozna. 'Menschen, denen der Sinn des Lebens nach langen Zweifeln klar wurde, warum diese dann nicht sagen konnten, worin dieser Sinn bestand?' coz z inteligencja emocjonalna? coz z poczuciem zrozumienia powiazanym z poczuciem niemogosci wyrazenia. co z wierszem w okopach, ktorego sensu wittgenstein nie mogl spisac w liscie, ktory pisal. czyz tak jak mozna szkolic analitycznosc i mozna w idealnym swiecie nakreslic idealny przebieg analitycznego treningu, to czyz nie mozna powziasc idei, ze rowniez inteligencje emocjonalna, bez zbednych definicji, mozna trenowac w ten czy inny sposob? czym bylaby przewaga zrozumienia poprzez przeanalizowanie a zrozumienie poprzez poczucie? czyz nie siedzimy czasem kolo kogos i nie czujemy, ze ow osoba tak dobrze rozumie pewne kwestie jednak nie moze ich w sposob jasny wyrazic? czyz nie liczy sie proces a wniosek?
zakres. zakres. czyz nie on tu jest kluczowy? nie poczujemy wszystkiego, co mozemy przeanalizowac? czyz pewne dziedziny nie beda bardziej przyjazne poczuciom a inne analizom? czy zlo swiatowych bankierow jest miejscem na poczucia i emocje? czy piekno obrazu jest przewidziane do analizy? ale wrocmy do zakresu. czyz zakres pod analizy nie jest o stokroc wiekszy w zyciu codziennym? porzuce to pytanie, ale czy nie wydawaloby sie ze analiza jest kluczem w dyskusji? czyz w debacie nie jest ona najwazniejsza? czyz jakosc czyjejs mysli nie poznajemy przez jej glebie analityczna polaczona z dobra wiedza w temacie? chyba tak, choc znow przeciez nie jest bezproblematycznie. dociekaniowo-filozoficznie (tak znow pije do witt) chcialoby sie powiedziec, ze przeciez slowa sa komunikacja. czyz luzne emocje wyrazone w ten czy inny sposob nie moze kogos skutecznie do czegos przekonac? czyz to nie bylaby wlasciwa dyskusja? czemu nie? czy analizy gazety polskiej sa analizami subiektywnymi czy anty-analizami? co okresla ramy analitycznosci? spojnosc czy oparcie o wiedze, czy obie te rzeczy?
no dobrze to jakie wnioski? czy analitycy sa lepsi od nie-analitykow? czy analicznosc winno pozostac ubustwiane? czy analitycy lepiej rozumieja swiat? czy lepiej potrafia to zakomunikowac? chyba pochyle sie ku odpowiedzi, ze nie niekoniecznie, aczkolwiek predysponuje ona do powyzszego. bo czyz dobra analiza nie jest najlepsza u czlowieka czujacego tak duzo w madry emocjonalnie sposob? czyz nie latwiej robic kolejne kroki naprzod? mm. czyz analitykowi nie latwiej zrozumiec, ze czegos powiedziec nie moze? ze trzeba byc powsciagliwym? ze osady maja swoje podstawy i granice?
na pewno sie nie uwolnie latwo od glebokiej wiary w wyzsosc tych co dostrzegaja zrodla i przyczyny i zwiazki i itepe. tak. i rowniez nie uwolnie sie latwo od tego, ze to jest scisle powiazane z analitycznoscia. choc jak wskazuja liczne powyzsze watpliwosci nie w sposob prosty i latwy. bo czyz najlepsze emocje i poczucia nie sa oparte na analizach poziomow uprzednich?
a na koniec, to przeciez, emocje tez sa w jakis sposob uskturyzowane i analityczne. bo przeciez wszystko ma swoja racjonalna przyczyne? tak, zalozeniem glownym przy wszystkim powyzszym jednakze jest filozoficzne pojecie, przynajmniej, ograniczonej racjonalnosci. ale to juz osobny temat. a wiec czy rzeczywiscie mozna miec swietne rozumienia emocjonalne-niewyrazalne bez przynajmniej czerwonego pasa w analitycznosci?
no i przede wszystkim powyzsze jest bardzo nie-analityczne, bardzo wrecz emocjonalne, bezdefinicyjne, nieustruktyrozwane. ale dokads i po cos stara sie siegnac. bo czyz nie jest tak, ze sie nauczylem c-z-u-c, ze analitycznosc jest bostwem? circulus vitiosus?
skomentuj (2)
niech bedzie. oficjalnie lubie komedie romantyczne.
skomentuj (0)
zostawic pasek na kotroli na lotnisku to juz chyba wieksze osiagniecie jak kurtke na moscie w pradze.
skomentuj (2)
coz za sny dzisiaj.
z kuzynem tomkiem przenioslem sie w swiat nierealnej rzeczywistosci, czegos na wzor snu, w ktorej moglismy przebywac jednak nie dluzej niz poltorej godziny, gdyz po tym czasie zatracalo sie przynaleznosc do swiata prawdziwego i akceptowalo owze sen jako prawdziwy. czas byl kluczowy. a swiat ten senny byl niezwykle atrakcyjny, pod jakim wzgledem, juz do konca nie wiem, ale przyciagal mocno do siebie. majac za soba juz wiele podrozy do tego sennego swiata wydawalo mi sie, ze jestem na tyle doswiadczony, zeby kogos zabrac ze mna. jednakze kiedy powrocilem do rzeczywistosci okazalo sie, ze tomka nie ma ze mna. nie wrocil. nie dalem mu wystarczajaco jasnych instrukcji, jak ma wrocic.
w pospiechu zaczalem podejmowac kroki, zeby po niego wrocic. z niewiadomych przyczyn ogarnela mnie jednak amnezja. za nic w swiecie nie moglem sobie przypomniec sposobu na powrot do sennych realiow. zaczalem wiec biec przez jedna z rotterdamskich ulic w kierunku, ktory dawal nadzieje na powrot po tomka. i przypomnialem sobie. aby przeniesc sie w swiat snu musialem uwierzyc, ze zgine, ze stanie mi sie cos niezwykle strasznego, musialem spadac z duzej wysokosci i przestraszyc sie do szpiku kosci widokiem ziemi tuz przede mna tak nieublagalnie sie zblizajacej. i tak, wowczas moglem przeniesc sie w swiat snu.
bieglem w dobra strone, w oddali widnialo wesole miasteczko, wlasciwe miejsce. czas naglil, nie bedac jeszcze przy wesolym miasteczku, ktore okazalo sie znajdowac po drugiej stronie rzeki, spotkalem szwagra. krzyczalem, wrzeszczalem, gdzie jest jakas ogromna hustawka, zjezdzalnia, karuzela, cokolwiek daniel! wskazal miejsce za blokiem, w ktorym ujrzalem wielka proce, ktora zdecydowanie mogla mnie wystrzelic wystarczajaco wysoko, aby rzeczywistosc spadania przestraszyla mnie na tyle, aby odnalez swiat snow. pospiesznie wdrapalem sie na nia i odbezpieczylem mechanizm. wylecialem, nie tak wysoko jak chcialem, ale wystarczajaco aby trwoga ogarnela mnie calego gdy zdalem sobie sprawe, ze zaraz spadne z ladnych paru metrow na ziemie. ogromna panika, strach, co ja najswietszego robie. i nagle.. uderzylem o ziemie. natlok ogromnego bolu przyslonilo niezrozumienie. co sie stalo? czemu nie przenioslem sie w swiat snow?
ocknalem sie na poczatku tej samej ulicy. popatrzylem na zegarek, minelo juz ponad poltorej godziny, od kiedy tomek znajduje sie juz po drugiej stronie. to bardzo niedobrze, teraz bedzie podwakroc trudniej go wydostac. wiezy swiata snow pewnie ogarnely go od kazdej strony. ale jest jeszcze nadzieja. poscilem sie wiec biegiem, machajac na kazde przejezdzajace auto, aby mnie podwiozlo. nikt sie jednak nie zatrzymywal, a ja nadal bieglem w strone wesolego miasteczka. bieglem, ale kiedy bylem juz blisko okazalo sie, ze nie zdaze. uplywal czas przeznaczony na dobiegniecie do wesolego miasteczka. pojawily sie przede mna wielkie szare liczby odliczajace ostatnie sekundy na dobiegniecie. zostawaly w tej samej odleglosci ode mnie, przede mna, przesuwajac sie po ulicy, po ktorej bieglem. trzy, dwa, jeden.
ocknalem sie na poczatku tej ulicy. czas ciagle plynal do przodu, tomek ciagle po tamtej stronie. tym razem juz bez chwili zastanowienia ruszylem po raz kolejny. tym razem udalo mi sie dobiec na czas. musialem najwyrazniej strzelic z procy mocniej i wyzej, aby udalo mi sie przeniesc na druga strone. ostatnim razem musialo byc za malo. strzelilem wiec soba z wieksza precyzja. polecialem wyzej i dalej. i znow ocknalem sie w locie, co ja najswietszego robie, zaraz sie caly polamie. i w tym okropnym strachu, ktory nagle mna zawladnal znow uderzylem twardo o ziemie.
ta sama ulica, to samo miejsce, rownie daleko od wesolego miasteczka. biegnac myslalem nad tym brakujacym elementem, czemu przy ostatnich wystrzelniach z procy nie powiodlo sie. nagle przypomnialem sobie wszystko. aby przeniesc sie w swiat snow nie wystarczyl ten ogromny strach przed smiercia, ktory mogl czlowieka obezwladnic tylko, gdy ta smierc naprawde sie zblizala i byla sekundy przed toba. przed wystrzeleniem trzeba bylo napisac cel przeniesienia sie w swiat znow na karteczce. pod spodem zas dopisac tajne slowo, swego rodzaju kod, ktory wypowiedziany w swiecie snow przywracal czlowieka z powrotem. karteczke trzeba bylo dokladnie zlozyc i trzymac ze soba. tylko wowczas mozna bylo sie przeniesc na druga strone. swiat snow realizowal sie bowiem wokol konkretnego zadania i oczekiwania. karteczka z celem i haslem byla nieodzowna. wystrzelilem jeszcze mocniej. i tak, toz przed ziemia spralizowany widokiem ziemi myslac tylko o smierci przenioslem sie w dziwne miejsce, ciemne miejsce. i nagle moje cialo zaczelo byc rozrywane, serce przestalo pompowac krew. naprawde umieralem. najwyrazniej wiez pomiedzy swiatami nie zostalo dobrze zawiazana. w panice zaczalem krzyczec moje tajne haslo "sciema! sciema! sciema!". o sekundy unikajac smierci wyladowalem zwiniety w klebek na poczatku mojej ulicy. nie powiodlo sie. a to juz prawie trzy godziny, odkad tomek pozostaje na drugiej stronie. musi byc jakis element, o ktorym zapomnialem! co to jest?
biegnac po raz czwarty zauwazylem, ze swiat do okola probuje mnie powstrzymac. tak znana ulica byla duzo bardziej zatloczona, ludzie jacys agresywni, auta probowaly we mnie wjechac. tak, juz wiem, musze miec rowniez swoje zdjecie. aby pamietac kim jestem, aby nie zatracic siebie po drugiej stronie. poprzednim razem, rzeczywiscie mialem jedno ze soba, ale bylo zbyt stare, stad wiez nie zostala poprawnie zaladowana. tym razem strzelam z pewnoscia, ze o wszystkim juz pamietam. i tak, obudzilem sie po drugiej stronie, w plynnej rzeczywistosci snu. moj cel z karteczki byl jednoznaczny "przywrocic tomka do swiata rzeczywistego". odnalazlem go szybko, jedyne co musialem zrobic to zmusic go do wypowiedzenia jego hasla. zadanie jak sie okazalo bardzo trudne biorac pod uwage czas, ktory minal odkad tomek byl po drugiej stronie.
sen numer dwa: jade autobusem przez most pionierow w strone kleskowa, nagle dziesiatki kilometrow w oddali, po stronie centrum, za nami, pojawia sie wielki grzyb, jak po bombie. oraz wielki blysk. nikt za bardzo nie rozumie, co to moze byc. po pol minuty, taki sam grzyb, tym razem tuz za nami, moze 500metrow, moze troche dalej, z wielkim hukiem i ogromem zblizajacej sie jasnoci. w mgnieniu oka zdalem sobie sprawe, zaraz umrzemy. przyczyna byla niewazna, cel i zrodlo rowniez. bylo coraz jasniej, az nagle.. zginalem.
skomentuj (0)
rada tove jest prosta ale przede wszystkim efektywna. juz bez zwiazku z tym czy to lekartswo na tempo czy egocentryczna antyrefleksyjnosc moznaby i wartoby sie wysilic. tylko, ze powod dla ktorego cuda z nad szafy tak zaskakuja jest naraz i przyczyna i skutkiem obecnego stanu rzeczy. bo zeby o muzulmanskich obrzadkach zapomniec tak gwaltwonie i raptownie to niemale zaskoczenie dla mnie samego. i czy to w koncu zle? moze to i dobrze? moze w tych okolicznosciach obecnosci mnie tu i teraz panuje tutaj zwiazek nierozerwalny? nierozwalalny? albo albo. i do tego, czy to smieszne czy smutne, ze przez tyle czasu nie ruszylem sie z ta mysla ani krok do przodu? j-curve, j-curve, prawda? ;)
tematem nr dwa jest stara rozkmina na temat narysowanych schodow na kartce papieru. narracja kulturowa w najszerszym znaczeniu to przeciez prosty temat. sprawa komplikuje sie troche gdy wkroczymy w swiat mediow i polityki. co jest narracja wlasna? co jest narracja swiatopogladowo-polityczna? co jest narracja danego nosnika i jego wlascicieli? co jest narracja pewnych podgrup spolecznych? czym jest manipulacja i czy musi ona byc swiadoma? czy manipulacja nieswiadoma nadal jest manipulacja czy zwyklym dzialaniem w pewnej wierze? jak formowac obraz i czemu tak malo ludzi chwyta ksiazki do ekonomii podczas ogladania zeitgeista? (pierwsze pytanie czysto-retoryczne). wiezienie wsrod horyzontow znaczen. i czemu tak malo wiemy o strategiczno-polityczno-socjo-ekonomicznych interesach nas samych i tych kolo nas? czemu brakuje wsrod naplywu informacji tak elementarnych informacji? pytanie bardzo proste i odpowiedz tez. tylko gdzie rozwiazanie? bo pogodzenie z brakiem szerszych narracji w zwiazku ze swiatowymi wydarzeniami nastapilo u mnie wraz z czasowo-ekonomiczna racjonalizacja dzialan mediow. bo czym jest i ma byc dla nas chociazby wladykaukaz? toc godzinnym wykladem ledwo co zainteresowani sa ci, co swiadomie takie zainteresowanie wybieraja w postaci odpowiednich studiow, a co dopiero konsument. w sidlach racjonalnej ekonomii i ekonomiki wszystkiego. no chyba tyle narazie. z taka mala tesknota do odpowiednich kregow i bialej duzej tablicy do rysowania. moglbym nawet zaczac palic dla takiej sytuacji. kieliszek tez zaakceptuje. hmm, ciekawe skad to wyobrazenie. filmy pewnie. problem tylko z takim kregiem pewnie bylby taki, ze energie i sile na takie kregi same kregi maja tylko podczas glebokiego zaangazowania danym tematem, ktore tak czesto wyplywa nie tyle z ciekawosci i intelektualnej atrakcyjnosci tematu, ale z przynaleznosci swiatopogladowej pchajacej ku dzialaniu. i nie wiedziec czemu od razu mysle o lewicujacych postaciach zrownujac ulepszanie swiata z nieunikniona zaglada. no dobrze, spokojnie. kregi, tak. no wlasnie, kregi. gdzie one sa i czy beda tam gdzie ja bede.
skomentuj (1)